A+ A A-

Fukushima wciąż czeka na pomoc

Oceń ten artykuł
(5 głosów)
13 marca 2014

Jedziemy wąską i krętą szosą wśród pól i pagórków wschodniej części prefektury Fukushima. Mijamy przysypane śniegiem pola ryżowe, bambusowe i cedrowe zagajniki, wzgórza i opustoszałe zabudowania. Gospodarstwa puste i wymarłe, od trzech lat tylko niszczeją. Jesteśmy w strefie zamkniętej, gdzie wjazd jest możliwy tylko za specjalną przepustką, którą uprawnieni mieszkańcy mogą dostać raz w miesiącu i nie mogą tu przebywać dłużej niż 4 godziny. Dlatego wiezie nas swoim samochodem pan Hanino, były urzędnik miejski z miasta Namie. Mieszka teraz na co dzień w tymczasowych barakach, a do skażonego radioaktywnie Namie jeździ od czasu do czasu odwiedzić grób rodzinny.

Trzymam przywieziony z Polski dozymter przy oknie. Słychać cykanie licznika, a liczba na wyświetlaczu zmienia się od 1 do 2 mikrosievertów na godzinę, jednak w miarę zbliżania się do zalesionych wzgórz cykanie licznika staje się bardzo intensywne a dawka podnosi się do 7 mikrosievertów na godzinę. To w zamkniętym samochodzie, na zewnątrz jest znacznie więcej. Tutaj nasz kierowca nie pozwoli nam nawet otworzyć okien, zatrzymanie samochodu jest w tej strefie zakazane. Będziemy mogli wysiąść dopiero jak dojedziemy do centrum miasta.

Po drodze nasz przewodnik pokazuje nam swój dom. Mały i skromny, kryty blachą falistą, wciśnięty między dwa inne domki przy drodze. Od czasu eksplozji reaktorów nie wolno stamtąd zabrać niczego. Wszystko zostało silnie napromieniowane kiedy na okolicę opadła chmura skażonych pyłów wkrótce po wybuchu w pierwszym reaktorze. Kolejne wybuchy reaktorów trzeciego i czwartego w kolejnych dniach oraz wyjątkowo silna emisja promieniowania przy przetopieniu rdzeni drugiego reaktora jeszcze tylko pogorszyły sytuację.

Zatrzymaliśmy samochód przy dworcu Namie. Miasto-widmo wciąż jest w takim stanie w jakim było 12 marca 2011 – złamana latarnia na środku placu, budynek pozbawiony ściany frontowej, która odpadła na skutek trzęsienie ziemi o sile 9 stopni w skali Richtera, zniszczone dachy, pochylone pod kątem ściany i szafki sklepiku z sake, kawałki betonu i dachówek na ulicy, połamane framugi drzwi i okien w budynkach. Jednak większość domów, podobnie jak i dworzec Namie Eki, nie ma widocznych śladów zniszczeń, a na parkingach wciąż czekają samochody, tym bardziej pogłębia się wrażenie nierealności otoczenia.

Parę metrów od dworca, przy jednej z wąskich uliczek stoi budynek kolportażu gazet. Przez oszklone ściany i drzwi widać sterty obwiązanych sznurkiem paczek z gazetami. Jedna z gazet jest wysunięta, a na stronie tytułowej ma datę 12 marca 2011 roku i nagłówki mówiące o wielkim trzęsieniu ziemi dnia poprzedniego i tsunami, które jak dotąd pochłonęło 16 ofiar.

Dla miasta Namie, czas zatrzymał się 12 marca 2011 roku. O godzinie 14:40 eksplodował reaktor numer 1, a w parę godzin później z głośników rozlokowanych w okolicy rozległ się komunikat o natychmiastowej ewakuacji. Ludzie w pośpiechu opuszczali swoje domy i miejsca pracy, wsiadali do samochodów niczego ze sobą nie zabierając. Myśleli, że będą mogli niedługo wrócić. Pozostawili w domach pieniądze, kosztowności, ubrania. Nie zabierali zwierząt. W domach i gospodarstwach pozostały psy, koty, krowy, konie. Ludzie już nie wrócili.

Teraz mamy marzec 2014 roku, a po opuszczonym mieście kręcą się oprócz nas tylko dwaj młodziutcy policjanci. Pytam ich, czy mieszkają tu na miejscu – mówią, że przyjechali z Aizuwakamatsu w zachodniej części prefektury i że patrolują tu ulice codziennie. Nie, nie przejmują się skażeniem. Kazali patrolować, to patrolują.

Sprawdzamy dawkę promieniowania jonizujacego – na wysokosci metra jest 4 mikrosieverty, dozymetr umieszczony przy przewróconym rowerze wskazuje 7,58 mikrosieverta. Nasz kierowca też ma dozymetr, który ewakuowani dostają z puli rządowej. Jest on mniejszy, wyprodukowany przez Hitachi i pokazuje 2 mikrosieverty tam, gdzie nasz, polski, pokazuje 4.

Nie możemy zostać długo, dozwolone 3 godziny szybko dobiegają końca, jedziemy więc dalej, w kierunku wybrzeża. Dojeżdżamy na odległość 3 km do elektrowni Fukushima Dai-ichi. Spoza wierzchołków drzew na horyzoncie widać kominy wentylacyjne na terenie elektrowni. Dozymetr, o dziwo, pokazuje dawkę nie odbiegającą od normy 0,23 mikrosieverta.

Wciąż jesteśmy w strefie zamkniętej i przez to nie uprzatanej, tak, że wszędzie dookoła walają się pozostałości po tsunami – zgniecione samochody, traktory, resztki domów, kutry rybackie. Okolica wygląda jak ciągnące się przez kilometry wysypisko śmieci, gdzie wśród stert złomu walają się stare kutry i domy.

Wzdłuż wybrzeża, po wyjechaniu poza strefę skażoną, wciąż jeszcze widać pozostałości po tsunami, choć coraz więcej obszarów jest już całkowicie uprzątniętych.

I znów przez kręte górskie ścieżki wśród ośnieżonych pól wracamy do miasta Fukushima. Po drodze w wielu miejscach widać wielkie stosy niebieskich foliowych worków, ich zawartość to silnie skażona ziemia z okolicy. Według raportu Greenpeace po zebraniu tej ziemi do worków, „oczyszczone” tereny po 24 godzinach wracają do tego samego stanu skażenia co poprzednio, tak więc jest to syzyfowa praca i wielkie koszty, bo „dekontaminacją” jest objęty ogromny obszar.

Wracamy z powrotem do miasta Fukushima, do osiedla baraków, w których mieszkają ewakuowani z miasta Namie i okolic. Tu skażenie przy gruncie przekracza 2 mikrosieverty na godzinę. Domy są praktycznie kontenerami, każde lokum to dwa malutkie pokoiki z toaletą i malutką kuchenką w przedsionku. Wszyscy mieszkańcy skarżą się na ciasnotę i brak perspektyw na przyszłość. W tej chwili TEPCO płaci 100,000 jenów każdej osobie, która musiała z powodu awarii opuścić dom. Jeśli czyjś skażony dom zostanie uznany formalnie za możliwy do zamieszkania, wtedy stracą możliwość otrzymywania odszkodowania.

Ogółem w barakach mieszka 160,000 ludzi ewakuowanych z obszaru w promieniu 30 km od Fukushima Dai-ichi. Osiedla dla uchodźców są w kilku miastach, głównie w Fukushima, Koriyama, Minamisoma i Iwaki.

Odwiedzamy jedno z mieszkań w baraku. Buty zostawiamy na zewnątrz, żeby nie zagracać małego przedsionka, który również służy za kuchnię. Mieszkanie w baraku ma około dwudziestu metrów kwadratowych. Trzy osoby z Namie opowiadają nam swoje wspomnienia z 11 marca trzy lata temu. Kierowca wywrotki, który był w tym czasie w drodze, w prefekturze Fukushima, ale był na tyle daleko od oceanu, że dowiedział się o tsunami z telewizji, pani, która wyjechała w jednym ubraniu z domu swoim samochodem zostawiając dwa koty i wszystkie cenne rzeczy w przekonaniu, że zaraz wróci do domu i ich towarzyszka, która pracowała w urzędzie. Ich domy nie ucierpiały na skutek trzęsienia ziemi, mieszkali na tyle daleko od oceanu, że ich gospodarstw nie dosięgło tsunami. Uciekli ostrzeżeni nadawanym przez megafony komunikatem, aby niezwłocznie się ewakuować. Komunikat został nadany kilka godzin po eksplozji w reaktorze pierwszym.

Właścicielka kotów jeździła jeszcze kilkakrotnie do Namie, co trzy miesiące dostawał pozwolenie na wjazd i jechała szukać kotów. Po 10 miesiącach znalazła jednego, był zdziczały, ale udało jej się go schwytać i zabrać do baraków.

Pytają mnie co czułam przejeżdżając przez strefę zamkniętą. Mówię, że widziałam opuszczone domy, niektóre całkiem nowe, z pięknymi, zadbanymi ogrodami, ktoś widać bardzo dbał o dom i troszczył się codziennie o ogród, teraz nikt tam nie może mieszkać, aż serce się kraje.

- Mój dom był nowy. Miał dopiero rok. – mówi na to pani z kotem.

Ludzie w promieniu 30 km od elektrowni musieli porzucić swoje domy oraz miejsca pracy, i stać się mieszkańcami baraków bez perspektyw, bo prefektura Fukushima nie ma zbyt wielu ofert zatrudnienia. Ewakuowani wydają się spokojnie znosić swój los, ale kiedy trafia się okazja rozmowy z obcymi, otwierają się i wyrzucają z siebie nagromadzone przez trzy lata żale. Główna bolączka to ciasnota i niewygoda życia w barakach, rozdzielenie rodzin, które uprzednio mieszkały razem w jednym domu, tęsknota za domem i niepewność jutra.

Kolejnego dnia jedziemy nad ocean do miejscowości Onahama. W porcie szukamy rybaków, bo co prawda widać parę zacumowanych do nabrzeża kutrów, ale nie widać ludzi. Udaje nam się zagadać rybaka kręcacego się przy jednej z łodzi. Poczatkowo nie chce z nami rozmawiać. Widać, że nie ma dobrych wiadomości, a narzekać nie chce, po chwili jednak rozkęca się i opowiada. O tsunami, które przyszło do portu i prawie połamało mu kuter, o stosach zgliszcz naniesionych przez falę, o wybuchu w elektrowni. I choć właściwie nie ma obecnie zakazu łowienia ryb w Pacyfiku, jednak nie dałoby się ich sprzedać, więc nie łowi. Czeka na wiadomość, że skażenie się zmiejszyło i jedzenie ryb tu wyłowionych stało się bezpieczne. Od trzech lat codziennie przychodzi więc do portu i konserwuje swój kuter. Łódż była trochę poobijana od tsunami, ale teraz wygląda jak nowa. Jej właściciel jest praktycznie bezrobotny.

Innych rybaków spotykamy przypadkiem, kiedy postanawiamy przyjrzeć się z bliska ludziom brodzącym na płyciźnie wdłuż plaży i wyjmującym coś z wody. W rozmowie okazuje się, że to też rybacy, którzy z braku możliwości wykonywania swojego zawodu przychodzą tu i zbierają wodorosty. Zawsze żyli z połowu ryb, ryby były też ich podstawowym jedzeniem, teraz pozostały im już tylko morskie rośliny.

Mierzymy dawkę promieniowania na plaży i przy brzegu. Odczyty są pomiędzy 0,16 a 0,23 mikrosieverty na godzinę.

Wyjeżdżamy z Fukushima. Zostawiamy za sobą ludzi, którzy czują się jakby robili coś złego, bo chcieliby wykonywać swój zawód i robić to co kiedyś. Ludzie którzy kiedyś żyli z hodowli warzyw i owoców – bo z tego Fukushima była słynna, lub rybacy, którzy łowili ryby i dostarczali do Tokio. Teraz to wszystko jest zakazane, niebezpieczne, może zaszkodzić innym. A co takiego zrobili ci rolnicy i rybacy? Wstydzą się tego co robią. Czują się winni. Nie mogą teraz karmić owocami swojej pracy własnych dzieci, żeby nie dostały raka. Wiedzą, że jedzenie ze skażonych pól nie powinno być w sklepach, ale nie mają innego wyboru.

Kolejnym celem naszej podróży jest miasto Kozu w prefekturze Saitama, na północ od Tokio. Tam spotykamy burmistrza miasta Futaba, na terenie którego jest elektrownia. Miasto jest obecnie w strefie zamkniętej i podobnie jak Namie stało się miastem widmem. Burmistrz Idogawa jest więc ostatnim burmistrzem Futaba - według spotkanego przez niego w Szwecji eksperta nuklearnego miasto Futaba nie będzie zdatne do zamieszkania przez najbliższe 500 lat.

11 marca 2011 roku rano Idogawa san brał udział w uroczystości rozpoczęcia roku szkolnego, potem w mieście Tomioka na spotkaniu rady gminy. Gdy wyszedł z zebrania zaczęło się trzęsienie ziemi o niespotykanej sile, martwił się, czy elektrownia wytrzyma, szczególnie, że drugi reaktor już od jakiegos czasu miał problemy techniczne. Do urzędu w Futaba wracał drogą nad brzegiem oceanu. Droga ta została wkrótce zalana przez tsunami. Gdyby wracał o 10 minut później, to zostałby zabrany przez falę.

W urzędzie zastał poprzewracane sprzęty i porozrzucane wszędzie dokumenty, rozległ się alarm o tsunami wiec trzeba było uciekać na wyższe piętra. Z ostatniego piętra, 4 kondygnacji widział nadchodzące tsunami, które podeszło bliżej i zalało niższe kondygnacje. Tego dnia miasto się obroniło, ale najgorsze nadeszło dnia następnego. O godzinie 2:40 po południu eksplodował reaktor pierwszy, a odłamki posypały się na miasto wraz z opadem radioaktywnym. Urząd miejski na próżno czekał na informacje z elektrowni, TEPCO nie miało obowiązku informować okolicznej ludności. Przepływ informacji był tak ustawiony, że elektrownia informuje kwaterę główną w Tokio, centrala informuje rząd, a dopiero rząd przekazuje informację urzędom. Burmistrz Idogawa przeczuwając, że informacja utknie w tym łańcuchu sam zaordynował ewakuację. O 15:36 z głośników nadano komunikat o natychmiastowej ewakuacji z miasta Futaba.

Idogawa san pokazuje nam zdjęcia z ostatnich chwil. Na jednym z nich oddział obrony cywilnej pomaga ewakuować szpital, ostatnie osoby – lekarze i pielegniarki wsiadają do wojskowych samochodów. W chwilę później w mieście jest już tylko burmistrz, a z góry spada chmura radioaktywnych pyłów. Elektrownia dalej działa, na swoim stanowisku pracy w drugim reaktorze jest syn burmistrza. Obydwaj zostali silnie napromieniowani i mają dzis kłopoty ze zdrowiem. Idogawa san, jak wielu innych ludzi, przeszedł traumę związaną z awarią elektrowni i zdobył wiedzę, która nigdy nie pozwoli mu biernie akceptować manipulacji jakie towarzyszą energetyce jądrowej. Według niego to nie trzęsienie ziemi lub tsunami spowodowały tragedię, lecz brak wiedzy i brak przygotowania jaki towarzyszy funkcjonowaniu elektrowni nuklearnych na co dzień. Ludzie pracujący w elektrowni wciąż się zmieniają i brak specjalistycznej wiedzy, szczególnie tej, która mogłaby pomóc uporać się z licznymi usterkami technicznymi. Elektrownie mają dużo wad konstrukcyjnych i tradycyjna metoda firm sprzedających te technologie to fałszowanie informacji, zapewnianie, że wszystko jest bezpieczne, wymigiwanie się od odpowiedzialności i manipulowanie raportami. Producenci elektrowni zanim sprzedadzą swoje technologie w danym kraju wymagają, aby rząd podpisał specjalną umowę, która zwalnia producenta z odpowiedzialności gdyby zaistniała awaria. Całą odpowiedzialność składa się na barki nie zawsze kompetentnego operatora elektrowni, podczas gdy twórcy chowają się pod parasolem prawnym.

Na pożegnanie Idogawa san życzył nam, aby nigdy te powodujace śmiertelne konsekwencje kłamstwa nie zwyciężyły w Polsce i żeby dla dobra naszych dzieci nasz kraj pozostał wolny od technologii nuklearnych.



Ostatnio zmieniany

Skomentuj

Upewnij się że wypełniłeś wymagane informacje w polach oznaczonych (*).
Podstawowy kod HTML jest dozwolony.

Pozostań w kontakcie

© 2010 Polonia.JP

Logowanie lub Rejestracja

Zaloguj się