Logo
Wydrukuj tę stronę

Druga Japonia Morawieckiego? Wyróżniony

Oceń ten artykuł
(4 głosów)

Na początku ubiegłego tygodnia miała miejsce dwudniowa wizyta premiera Mateusza Morawieckiego w Tokio. W pierwszy dzień pobytu w Japonii przedstawiciel polskiego rządu spotkał się na przyjęciu w Ambasadzie RP z japońskimi gośćmi oraz z przedstawicielami Polonii. Poza naszą redakcją Polonia.jp wśród zaproszonych Polaków znaleźli się między innymi reprezentanci „Forum Polonijnego TAMA w Japonii”, grupy facebookowej Tanoshii Polska, portalu internetowego Polonia Japonica, stowarzyszenia Japolonia, etc.

Furorę zrobiły przepyszne pączki z restauracji PONCHIKIYA, doskonałe polskie pierogi oraz tajemnicza pani Japonka w kimonie z pasem obi w łowickie wzory, której zdjęcia obiegły polską prasę. Wzruszającym momentem było odznaczenie honorowego profesora Tokijskiego Uniwersytetu Języków Obcych, pana Tokimasa Sekiguchi, Krzyżem Komandorskim Orderu Zasługi Rzeczypospolitej za jego dorobek jako jednego z najwybitniejszych znawców i tłumaczy literatury polskiej w Japonii. 

Premier Morawiecki pomimo intensywnego programu przy ośmiogodzinnej różnicy czasu wzbudzał powszechny podziw energią i entuzjazmem w rozmowach do późnych godzin wieczornych z licznie zgromadzonymi gośćmi. To pierwszy nam znany przypadek, że polityk polski tak długo został na przyjęciu i integrował się z gośćmi niezależnie od ich statusu czy pozycji. Szef polskiego rządu wielokrotnie podkreślił jak ważna jest Japonia dla naszego kraju jako partner w dziedzinie gospodarki, zwłaszcza w przemyśle energetycznym i komunikacyjnym. Mateusz Morawiecki zapytany przeze mnie o szczegóły zdradził, że miał na myśli przemysł nuklearny. A dokładnie nowinkę techniczną - wysokotemperaturowy reaktor jądrowy HTGR (ang. High-Temperature Gas-Cooled Reactor), który podobno generuje mniej odpadu promieniotwórczego na jednostkę energii oraz zapewnia odporną barierę przeciw migracji materiału promieniotwórczego w czasie eksploatacji i składowania. Ekspert towarzyszący Panu Premierowi gorąco zapewniał, że nowy typ reaktora jest bezpieczny i dzięki specjalnej konstrukcji nie pozwala na stopienie się rdzenia reaktora.

Niestety, mając świeżo w pamięci katastrofę nuklearną we Fukushimie większość Polaków zamieszkałych dłużej w Japonii nie podziela zapału polskiego premiera. Technologie japońskie jak na razie nie są ani nowoczesne, ani bezpieczne. W sierpniu 2019 roku razem z ekipą TVN TURBO spędziliśmy kilka godzin w uszkodzonej elektrowni atomowej Fukushima Daiichi na planie filmu dokumentalnego „Fukushima – wstęp wzbroniony” z prowadzącym Jackiem Podemskim. W ciągu niespełna godziny spędzonej na otwartej przestrzeni po przebadaniu nas specjalistycznym sprzętem medycznym i według naszych dozymetrów przyjęliśmy około 5% wartości rocznej bezpiecznej dawki napromieniowania, która wynosi 1 mili Siwert (mSv)/rok dla przeciętnego obywatela. 9 lat po katastrofie przed reaktorami 1-4 można przebywać jedynie kilka minut. Natomiast zmierzone przez nas dozymetrem promieniowanie przed reaktorem nr. 3 wynosiło ponad 250 mikro Siwertów/h, czyli stojąc w jego pobliżu cztery godziny przyjęlibyśmy dozwoloną dawkę roczną. Na szczęście kierownictwo TEPCO nie pozwoliło przebywać nam w tym konkretnym miejscu dłużej niż 5 minut.

TEPCO nie ukrywa, że codziennie na terenie elektrowni Fukushima Daiichi (w różnych warunkach) pracuje 3,000-4,000 ludzi. Trzy zdewastowane reaktory od prawie dekady schładzane są wodą morską, z czego około 120 ton dziennie przecieka do wód gruntowych i dalej do oceanu, mimo struktury podziemnych prętów zamrażających z ciekłym azotem - co operator elektrowni nazywa postępem, biorąc pod uwagę fakt, iż dotąd wsiąkało w ziemię aż 300 ton dziennie.

Japońscy specjaliści nuklearni są bezradni wobec faktu, że miejsce w zbiornikach z wodą skończy się przed 2022 rokiem i wtedy TEPCO przy poparciu japońskiego ministra środowiska Yoshiakiego Terada zamierza po prostu wylewać skażoną wodę do Pacyfiku. Rzecznik TEPCO w czasie naszego spotkania otwarcie przyznał, że obecna technologia pozwala jedynie na częściowe oczyszczenie wody używanej do chłodzenia z substancji promieniotwórczych, a w przypadku zawartości trytu jest ona kompletnie bezużyteczna. I nie ma na całym świecie sposobu, aby wyeliminować tryt ze skażonej wody.

Poza wizytą w elektrowni Fukushima Daiichi z TVN Turbo od 2016 roku kilkakrotnie uczestniczyłam jako tłumacz w spotkaniach z byłym premierem Japonii, Naoto Kanem, który stał na czele japońskiego rządu w marcu 2011 r. Japoński premier przyznaje, że oblewał się zimnym potem na myśl, że kierowanemu przez niego państwu grozi ewakuacja 55 milionów ludzi w promieniu 250 km wraz z Tokio, czyli prawie połowy ludności Japonii. Najczarniejszy scenariusz (tym razem) na szczęście się nie ziścił, ale było blisko, gdyż jak mówił Nato Kan, i napisał w swojej książce p.t. „Mój nucklearny koszmar”, 15 marca 2011 r. szefowie TEPCO planowali opuścić tonący statek, czyli 10 reaktorów nuklearnych (w tym trzy poważnie uszkodzone) oraz 11 basenów chłodzących zużyte pręty paliwowe. Premier podkreślił, że opuszczenie atomówki przez jej kierownictwo oznaczałoby, jak to dosadnie okreslił, „koniec Japonii”.

Szczęśliwym zrządzeniem losu udało się powstrzymać Armagedon i ewakuowano „tylko” 160 tysięcy mieszkańców, z czego 90% deklaruje, że już nigdy nie wróci do swoich domów. Przy okazji wyszło szydło z worka i okazało się, że z 54 reaktorów w Japonii (przed katastrofą zaspokających zapotrzebowanie kraju na energię elektryczną w… 30%) zaledwie 15 spełniało współczesne normy bezpieczeństwa (9 z nich zostało już ponownie włączone). Kolejne 24 reaktory stanowiły tak duże zagrożenie, że postanowiono je zdemontować. Jako że do podobnej awarii mogło dojść praktycznie na terenie całego kraju, 127 milionów mieszkańców Japonii nieświadomie grało w rosyjską ruletkę. Trafiło na prefekturę Fukushima.

A awaria we Fukushimie to tylko wierzchołek góry lodowej. Wcześniej już przynajmniej 10 razy dochodziło do wypadków nuklearnych w Kraju Wschodzącego Słońca, ale na mniejszą skalę i niespecjalnie nagłaśnianych. Np. w 1981r. wypadek w Tsuruga i 300 napromieniowanych pracowników elektrowni, 1995 r. uszkodzenie reaktora w Monju wskutek wycieku sodu, 1997 pożar w elektrowni Tokaimura i 37 skażonych pracowników, zamkniecie 17 reaktorów w 2002 r. z powodu sfałszowania wyników inspekcji bezpieczeństwa przez TEPCO, 2007 r. po trzęsieniu wyciek radioaktywnej wody do Morza Japońskiego, itd.

Tymczasem strategia eksportu japońskich reaktorów usilnie promowana przez premiera Shinzo Abe po 2011 r. doszczętnie legła w gruzach. Wiele krajów, m.in. Turcja, Wietnam czy Wielka Brytania zrezygnowało już z zakupu reaktorów jądrowych od Japonii, gdyż okazały się one za drogie po wprowadzeniu zabezpieczeń spełniających nowe normy.

A jeżeli Polska chce już koniecznie postawić na przestarzałą technologię nuklearną, która w dodatku podrożała, to ironią jest, że planuje kupować reaktory akurat od Japonii (która sobie ewidentnie nie radzi w tej dziedzinie), a nie od krajów, którym do tej pory udaje się utrzymać atom w ryzach i które nie skompromitowały się żadną wpadką.

Reasumując, nikt nie neguje słów Pana Premiera, że Japonia jest bardzo pożądanym partnerem dla Polski w wielu dziedzinach. Na przykład w kwestii szeroko pojętego transportu, a zwłaszcza transportu kolejowego.

Wizytówką Japonii są superszybkie ekspresy shinkansen – odkąd otwarto pierwszą linię w 1964 r. w Japonii nie zdarzył się ani jeden wypadek śmiertelny z powodu wykolejenia pociągu. Mało tego - w ciągu 50 lat istnienia tego rodzaju podrożowania nikt nawet nie został ranny w wyniku wypadku shinkansenów. Są one nowoczesne i bezpieczne. W przeciwieństwie do elektrowni atomowych.

Ostatnio zmieniany

Najnowsze od Fabiola Tsugami-Shaba

© 2010 Polonia.JP