A+ A A-

Wspomnienia z przełomu starego i nowego roku, część I

Oceń ten artykuł
(0 głosów)
W Japonii nie obchodzi się hucznie nadejścia nowego roku, może z wyjątkiem dźwięku świątynnych dzwonów, które uderzane 108 razy mają symbolizować oczyszczanie człowieka z jego stu ośmiu niedoskonałości. Tak się składało, że pierwszy dzień nowego roku przez ostatnie 3 lata mieliśmy z żoną dosyć dobrze zorganizowany. W 2000. spędziliśmy go na najwyższym szczycie Azji Płd.-Wsch., górze Kinabalu na Borneo, w 2001. urodził nam się nasz Szymek, a w tym roku dla odmiany spędziłem go na plaży- nie, nie gdzieś pod lazurowym niebem ale tu, w zimnej Japonii, w miejscowości Onjuku w prefekturze Chiba. Jak co roku był tam organizowany nocny festiwal ognia. Głównym powodem mojego "wszędobylstwa" jest chęć uwiecznienia ciekawych wydarzeń i miejsc na fotografii*. Gdzież indziej można spotkać tylu fanów tego zajęcia co w Japonii!

W Japonii jest olbrzymia ilość różnych festiwali, dlatego jeśli się zdecydujemy uczestniczyć w którymś z nich, to moją radą jest, aby wszystkie informacje na jego temat jak czas, miejsce, itp. zasięgać z co najmniej dwóch źródeł. Podam przykład jednej z moich ostatnich porażek. 15 grudnia w miejscowości Ogano (prefektura Saitama) odbywa się co roku festiwal zwany Teppo. Na stronie internetowej podano, że czas głównego wydarzenia to 16:00, a w informacji turystycznej tej prefektury powiedziano mi, że 17:00. Wyjechałem tak, aby być na miejscu ok. 15:00, ale niestety, dotarłem dopiero o 16:00. Głównym wydarzeniem festiwalu był bieg dwóch poświęconych koni w górę po schodach w kierunku świątyni. W czasie tego biegu kilkudziesięciu strzelców ustawionych po obu stronach schodów oddawało strzały z broni palnej. Ceremonia ta naprawdę robi wrażenie. Gdy pośpiesznym krokiem dotarłem do tego miejsca i właśnie wyciągałem aparat z plecaka, konie przebiegły mi koło nosa, a po strzałach pozostał tylko szum w uszach i zapach prochu zamiast ładnych zdjęć. Tłumaczyłem sobie, że to tylko tak na próbę zrobili i dopytywałem się czy będzie powtórka. Niestety, będzie dopiero w tym roku w grudniu i zamierzam tam być już w południe aby móc zrobić jakieś sensowne zdjęcia, gdyż walka o pozycje strategiczne dla fotografów na takich imprezach potrafi być ostra.

W Onjuku zjawiłem się ok. 6 wieczorem, gdyż z plakatów reklamowych wynikało, że impreza odbywa się późną nocą. Tym razem polegałem tylko na tej jedynej, sugestywnej informacji. W drodze na plażę zatrzymałem się, aby zrobić zdjęcie bardzo ładnego oświetlenia noworocznego. Tam po chwili miałem już kompana, przedstawił mi zdjęcia tego miejsca, a także z festiwalu z zeszłego roku. Tłumaczył, że w zeszłym roku padał deszcz i dlatego tym razem chce zrobić lepsze zdjęcia. Gdy zapytany o nocleg odpowiedziałem, że śpię pod namiotem na plaży a nie w hotelu, wykazał trochę zakłopotania tłumacząc, że jest zimno. Musiałem go uspokoić mówiąc, że co prawda nie wziąłem pełnego wyposażenia ale i tak do -20°C mam zapewniony pełen komfort. Pouczył mnie jeszcze, abym był na miejscu przed 21:00 i rozstaliśmy się. Jak to możliwe, aby spać samotnie na plaży wśród ludzi innej karnacji zażywających alkohol w noc sylwestrową, a w dodatku być jeszcze obładowanym dużą ilością sprzętu fotograficznego? Czytelników w Japonii nie muszę zbytnio przekonywać o takiej możliwości, a ci w Polsce muszą uwierzyć mi na słowo. Przed rozpoczęciem festiwalu z olbrzymich głośników puszczono elektroniczną muzykę Kitar?, która pasowała do nastroju jak żadna inna. Szum fal, tych z głośników i tych z pobliskiego oceanu uzupełniały się wyśmienicie. Jak to możliwe, aby spośród tylu tysięcy krążków CD z muzyką osiągalnych na rynku wybrać ten jeden, najwłaściwszy? Wówczas też postanowiłem, że jeśli ktokolwiek i kiedykolwiek będzie miał coś do zarzucenia Japończykom, to ja i tak będę to widział przez pryzmat tego przeżycia w noc sylwestrową.

Festiwal zaczął się od zapalenia kilku pochodni przy wejściu na plażę i od gry na bębnach przez zespół kobiecy. Niedługo potem kapłan shinto prowadził obrzędy, w których swój udział mieli też przedstawiciele miasta. Ok. 21:30 podpalono wszystkie, potężne, kilkumetrowej wysokości stosy drewna. Trzaskającym płomieniom, rozgrzewającym zmarzniętych ludzi, towarzyszyły sztuczne ognie. I nagle zrobiło się ciepło. Ludzie stali przy tych płonących stosach, popijali, rozmawiali, śmiali się. Znalazło się też kilku amatorów desek surfingowych. Widocznie byli bardzo rozgrzani, gdyż pływali tylko w kąpielówkach. Znalazł się również i wędkarz, któremu za światło służył blask ognia. Wszystko ucichło przed północą, a potem jak już zostałem tylko sam na sam ze sobą w miejscu gdzie się świat kończy, utkwiłem wzrok w ciemność horyzontu, wsłuchałem się w szum fal i przywołałem na myśl moment, w którym dokładnie rok temu nasze dziecko dało nam pierwszy znak, że już czas mu na ten świat. A teraz mijał mu właśnie roczek gdzieś tam w dalekiej Polsce.

Następnego ranka, gdy wyszedłem z namiotu zdumiał mnie widok tłumu ludzi, który wciąż się powiększał. Do tej pory wydawało mi się, że oglądanie wschodów słońca należy do specjalności "góro-łazów", ale się pomyliłem. Odruchowym pytaniem było - czyż ci ludzie nie mają kaca? a jak nie teraz to kiedy? Dopiero pisząc te słowa znalazłem odpowiedź - dla większości kac jest nieodłącznie związany z kwitnieniem wiśni... Tuż przed wschodem słońca pojawiło się także mnóstwo zwolenników desek surfingowych. Tym razem byli przygotowani, bo pływali w piankach. Dla mnie był to raj do robienia zdjęć, gdyż sylwetki stojących ludzi pojawiały się i znikały na powierzchni wody, a wszystko to było zanurzone w purpurowo-niebieskim kolorze podarowanym przez przedzierające się przez chmury wschodzące słońce.

Kiedy pełen wrażeń z nietypowej nocy sylwestrowej i noworocznego ranka wracałem do domu, nie oparłem się pokusie aby wstąpić do Asakusa w Tokio. Przez świątynię Sens?ji, jak mi powiedziano w pracy, w ciągu pierwszych trzy dni roku przewija się ok. 3 mln ludzi. Jeszcze daleko przed świątynią olbrzymie tłumy wskazywały drogę do niej. Powoli tłum się zagęszczał, a ponieważ jestem trochę wyższy niż przeciętny Japończyk, widziałem tylko "morze" czarnych głów. W tłumie spotkałem też w kilku miejscach ludzi z tabliczkami z napisem "Kurisuto" - Chrystus i z nagraniami wyjaśniającymi sens naszej religii. Poczułem wówczas trochę niesmak, bo jeśli ktoś chce komuś przekazać sedno swej religii to z pewnością nie w takim momencie, gdyż to może wzbudzać tylko awersję. Wyobraźmy sobie podobną sytuację przed kościołami w Polsce, np. przed pasterką, gdzie na naszej drodze do kościoła "innowiercy" hucznie się ogłaszają. Jestem przekonany, że Polacy nie byliby tak tolerancyjni jak Japończycy wobec tych ludzi tutaj.

Styczeń jest w Japonii miesiącem o najlepszej przejrzystości powietrza. Jest to szczególnie ważne gdy chcemy robić zdjęcia Fuji-san. Ja wybrałem się na jedną z wież widokowych w Tokio, aby mieć widok jednocześnie na wieżowce Shinjuku i na Fuji-san. Dotarłem tam o 9:04 rano i byłem przekonany, że będę jedynym o tej porze amatorem takich widoków. Już jednak po raz kolejny w Japonii zdumiałem się - nie tyle naprawdę wspaniałym widokiem panoramicznym, ile liczbą fotografów, wielkością ich aparatów i obiektywów i ilością robionych zdjęć. Z tych fotografów na wieży tylko jeden (oprócz mnie) miał aparat 35mm, chociaż jego obiektyw wart był ok. 6 tys. dol. Reszta miała dobrze wysłużone aparaty największego formatu, mieszkowe. Zdjęcie zrobione takim aparatem jest bardzo kosztowne, a facet obok mnie pstrykał zdjęcia z częstotliwością kilkudziesięciu na minutę, przez cały ten czas jaki tam byłem - jakieś 10-15 minut (robił tylko przerwy na wymianę magazynku). Może on faktycznie nie był świadomy istnienia kamer video, gdyż z ilości jego zdjęć z pewnością można byłoby stworzyć filmik krótkometrażowy.

Obecność tak dużej liczby profesjonalistów potwierdziła jednoznacznie trafność mojego wyboru wieży widokowej i dodatkowo, że był to jeden z najlepszych dni w roku do takich zdjęć. Zaraz potem pojechałem do Jokohamy na wieżę "Landmark Tower". Widok był też piękny, ale już nie tak imponujący jak w Tokio, gdzie przy użyciu długiego obiektywu miało się wrażenie, że Fuji-san wyrasta bezpośrednio zza olbrzymich wieżowców Shinjuku i że człowiek przez te budowle stara się konkurować z naturą pod względem wysokości. Następnego dnia pojechałem do miasta Fuji aby pstryknąć parę zdjęć samego ośnieżonego wierzchołka Fuji-san. Moim celem były zdjęcia o zachodzie słońca z zachodniej strony, z któregoś szczytu gór ciągnących się wzdłuż Minobu Line, wiodącej z Fuji do Kofu, a także ze strony wschodniej, z gór Tanzawa. Skończyłem jednak tylko na zdjęciach z miasta Fuji, gdyż miałem fatalny ranek tego dnia. Zostawiłem swój aparat na przystanku w Tsukuba i musiałem się po niego wracać z Tokio (ok. 1,5 godziny w jedną stronę). Aparat wart grube pieniądze leżał sobie nietknięty i czekał na swego właściciela, a ja, jakby mi się należało to, że czeka na mnie, bardziej się obawiałem, że zawali mi się całodzienny plan niż tego, że go tam nie zastanę. Ach, ta Japonia, naprawdę potrafi poprzewracać ludziom w głowach i spowodować, że martwią się niewłaściwymi rzeczami! Ten dwudniowy wypad planuję jednak już wkrótce.

*) Posiadam już sporą kolekcję kolorowych slajdów, z których planuję stworzyć w sieci porządne źródło informacji obrazkowej o Japonii.

Gazeta Klubu Polskiego w Japonii Nr 1 (22), luty 2002

Skomentuj

Upewnij się że wypełniłeś wymagane informacje w polach oznaczonych (*).
Podstawowy kod HTML jest dozwolony.

Pozostań w kontakcie

© 2010 Polonia.JP

Logowanie lub Rejestracja

Zaloguj się