A+ A A-

Wspomnienia z przełomu starego i nowego roku, część II

Oceń ten artykuł
(0 głosów)
23 grudnia są urodziny cesarza. Jest to dobry moment na zdjęcia (jedyny dzień w roku, gdy normalny śmiertelnik ma prawo wejść na teren Pałacu Cesarskiego). Przy bramkach kontrolnych każdy był instruowany, że może wyzwolić migawkę aparatu tylko raz. Pierwszy raz w życiu spotkałem się z taką instrukcją i nie za bardzo rozumiałem dlaczego. Dopiero później, gdy na ok. 4 minuty ukazały się w oknie oczekiwane osobistości, zrozumiałem to. Wszyscy Japończycy jednocześnie oddawali cześć i pozdrawiali cesarza. Nie widziałem, aby ktoś robił zdjęcia, oczywiście nie licząc ludzi do tego przeznaczonych, ustawionych daleko z tyłu i z baaardzo długimi obiektywami. Tylko paru nas, gaijinów, zachowało się trochę inaczej.

W Japonii z roku na rok można zauważyć coraz większą machinę biznesu zwanego "Christmas". W moim mieście, w Tsukuba, zrobiło się tradycją ustawianie dużej ilości choinek, oświetlonych i ozdobionych na różne sposoby. Niektóre z nich są np. obwieszone dużą ilością ozdób w kształcie sushi... 24 grudnia pomyślałem sobie, że następnego dnia przyjdę i porobię wieczorem trochę zdjęć. Jakież było moje rozczarowanie, gdy 25. nie było już po choinkach ani śladu... Na prawdziwe "połowy" oświetleń udałem się więc do Tokio i Sendai. Iluminacja świetlna w Tokio, tzw. Millenario, naprawdę zrobiła na mnie wrażenie. Było bardzo ładnie, ale chyba najbardziej podobało mi się to, że tak dużo ludzi tam przychodziło i że traktowali to jako odskocznię od codziennej szarości zimowego dnia. Byli ładnie ubrani (co definitywnie odróżnia Japonię od takich krajów jak USA czy Kanada, gdzie ludzie na ogół nie przywiązują wagi do ubioru), szli spacerowym krokiem (co raczej nie jest powszechne w Tokio), śmiali się i rozmawiali na tzw. luzie. Bezpośrednio stamtąd pojechałem nocnym autobusem do Sendai. W Sendai główną atrakcją miała być tzw. Pageant of Starlights, czyli iluminacja świetlna. Ponad 230 potężnych drzew Zelkova po obu stronach jednej z głównych ulic było udekorowanych wielką ilością lampek (ponad 700 tys.).

W autobusie po raz kolejny zauważyłem, że Japończycy są przegrzani, nie tylko latem, z konieczności, ale i z wyboru w ciągu całego roku. Było bardzo gorąco, byłem tylko w koszuli i cały mokry. Gdy na jednym z postojów powiedziałem o tym kierowcy, zdumiony zapytał - "honto?" (naprawdę?). Myślę, że nie mógł inaczej odpowiedzieć, bo wszyscy drzemiący dokoła byli poprzykrywani kocami lub kurtkami puchowymi. Byłem już kiedyś w podobnej sytuacji w Kioto, gdzie spałem w wieloosobowym i "międzynarodowym" pokoju. Był koniec listopada i trochę chłodnawo, a pokój nie był ogrzewany. Ja spałem w koszulce z krótkim rękawem, Amerykanin tylko w majtkach, a Japończyk w grubej kurtce zimowej i w grubej czapce na głowie. To samo było na Hokkaido, a przecież tam po ludziach można by się spodziewać trochę więcej wytrzymałości na niskie temperatury. Co się dzieje z hartowaniem ciała, które podobno stosują japońskie matki? Wydaje się, że ono kompletnie zanika...

Była piękna pogoda podczas tej podróży, z samego rana pojechałem więc do Matsushima. Jest to bardzo ładne i malownicze miejsce (ok. 40 min. od stacji Sendai) nad Pacyfikiem. Można tam oglądać fikuśne, małe wysepki. To miejsce jest jednym z trzech najbardziej celebrowanych (z powodu malowniczego położenia) widoków w całej Japonii. Byłem tam już poprzednio 2 razy aby zrobić zdjęcia, ale nigdy nie trafiłem na piękną pogodę. A przecież każdy fotograf wie, że do ożywienia naszych zdjęć naprawdę potrzebujemy tego niebieskiego koloru... W Matsushimie jest mnóstwo regularnie kursujących łodzi, z których można się przyglądać tym wysepkom. Obawiałem się jednak, że ze względu na porę roku nie będą one pływać. Ku mojemu zadowoleniu tak nie było, okazało się jednak, że tam gdzie chciałem dotrzeć kursów w sezonie zimowym nie ma. Dawałem do zrozumienia osobie z urzędu, że chciałbym tam jednak być. Zaproponowano mi małą, prywatną łódź motorową (było ich tam kilka gotowych do rejsu) ostrzegając, że jest ona droga bo kosztuje "yon sen yen". Prawdę mówiąc, marzyłem o takiej łódce, bo zawsze można ją odpowiednio nakierować na cel, w odróżnieniu od tych dużych, kursowych. Gdy przyszło do kupowania biletu okazało się, że muszę zapłacić 6 tysięcy, a mnie tu uczono, że "yon sen" to 4 tysiące! No cóż, zapłaciłem1. Miałem tam na wodzie prawdziwy raj, tak szybko jeszcze nie wymieniałem rolek filmu, nawet na najważniejszych festiwalach. Ze sternikiem dogadywałem się "na migi". Dopłynęliśmy już dosyć daleko i byłem pewny, że dojedziemy do tego miejsca gdzie chciałem, o czym mnie zresztą zapewniało "szefostwo". Sternik zakomunikował mi jednak, że te "dodatkowe" 15 minut będzie mnie kosztować następne 8 tysięcy (czyli w sumie 14 tysięcy cała przyjemność)2. Powiedziałem mu więc, że jak musi to niech zawraca. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się jeszcze na chwilkę przy jednej wysepce i zaraz, ku mojemu zaskoczeniu jego znajomością angielskiego, sternik triumfalnie wykrzyknął "time over", wskazując na zegarek. Pomimo wysokiej ceny byłem bardzo zadowolony, bo te 40 minut na łódce przyniosło mi mnóstwo pięknych zdjęć.

Po dwóch nocach spędzonych w autobusie marzyłem już o nocy we własnym łóżku. Gdy dotarłem do Tokio, czekał na mnie jeszcze cały dzień i wieczór w Tokyo Disneyland, gdyż miałem wykupiony bilet na ten dzień. Stamtąd też przywiozłem mnóstwo kolorowych zdjęć. Najbardziej mnie tam zdumiał (lub może nawet przygnębił) widok ludzi z dziećmi, siedzących i leżących na matach rozścielonych na ziemi już od wczesnych godzin rannych i oczekujących na paradę zaplanowaną na godz. 14:00. Gdy parada po kilkudziesięciu minutach dobiegła końca byłem przekonany, że ludzie odetchną z ulgą rozprostowując kości. I znów jakże się pomyliłem, wszyscy jak jeden mąż czekali w tych samych pozycjach na następną paradę o godz. 19:20. Parada ta była dokładnie powtórzeniem tej za dnia tyle, że użyto reflektorów do jej oświetlenia. Najbardziej żal mi było dzieci, gdyż było zimno. Sam też jednak wytrwale czuwałem na swoim miejscu. Obok mnie siedział mężczyzna z rodziną. Poprosił, abym od czasu do czasu zerknął na jego rzeczy (bo rodzina chwilowo była nieobecna), wyszedł na chwilę, a jak wrócił, przyniósł mi gorącą kawę. Pomyślałem, że musiał bywać w świecie i się nie pomyliłem. Rozmawialiśmy przez kilka godzin o Japonii i Polsce. Powiedziałem mu, że w Polsce niebo jest bardziej gwiaździste, nawet w lecie, niż w Japonii w zimie. Wszyscy Japończycy, których spotykam uważają, że Polska jest krajem zimnym. Mój rozmówca zapytał mnie w pewnej chwili, czy mamy w Polsce zorzę polarną. "Nie, nie jest aż tak źle" - odparłem zaskoczony - "ale za to "polski" pełny księżyc obficie oświetla wszystko dookoła, a tutejszy świeci tak, jakby go w ogóle nie było"...

1) Dla porównania, cena biletu za 7 godzin jazdy autobusem do Sendai to 5700 jenów - tanio, bo to była nocna podróż. 2) Za tę cenę można przejechać shinkansenem 500 km z Tokio do Kioto.

Gazeta Klubu Polskiego w Japonii Nr 2 (23), czerwiec 2002

Skomentuj

Upewnij się że wypełniłeś wymagane informacje w polach oznaczonych (*).
Podstawowy kod HTML jest dozwolony.

Pozostań w kontakcie

© 2010 Polonia.JP

Logowanie lub Rejestracja

Zaloguj się