A+ A A-
(Kabukichō 1- chōme)O poranku z budynku stacji linii Seibu wylewał się tłum niewyspanych najemników w identycznych garniturach. Maszerowali w tym samym kierunku, bez emocji i bez uczuć, wytyczoną przed laty ścieżką, jeden obok drugiego, widujący się codziennie, ocierający się w stłoczonych pociągach,a jednak wciąż sobie obcy i obojętni. Placyk przed stacją przypominał mrowisko.Uciekłem stamtąd do baru na piętrze jednego z budynków tuż obok. Ekspedientka budziła klientów drzemiących na stolikach pytaniem „Czy nic się Pani/Panu nie stało?". Usiadłem przy oknie. Mogłem się w ciszy napatrzeć na ten mały skrawek tokijskiego świata. Krążyły śmieciarki i zdawało mi się, że granica między nocą a dniem biegnie tutaj nie wzdłuż linii słońca, lecz w rytmie sprzątanych ulic.Na skrzyżowaniu na wprost alei Yaesu spotykał się element, który produkuje i ten, który konsumuje, oba ostatkiem sił napędzające gospodarkę. Emeryci-wolontariusze przestawiacze rowerów odziani w żółte fluorescencyjne kamizelki wyruszali na łowy z wyrazem twarzy kowbojów szykujących się do śmiertelnego pojedynku. „Ranne ptaki" przed salonem pachinko "Espace" zacierali trzęsące się z podniecenia ręce. Stali karnie w czterech rzędach, szykując się do wyścigu, którego zwycięzcy mogli zająć upatrzone miejsca. Salon otwierał się po remoncie. Nowe otwarcie, nowa szansa, nowe życie. Kolejka wydłużała się z każdą chwilą. Zastanawiałem się, czy któremuś z nich sprzyjać będzie dzisiaj szczęście, ale nie sposób było odgadnąć fortuny z ich obojętnych twarzy. Pewny sutego zysku mógł być tylko właściciel lśniącego od farby przybytku. Policzyłem ich: trzydziestu ośmiu – w tym dwóch grubych, trzech łysych, jeden bez skarpetek w sandałach, pięciu w maseczkach na twarzach, tyleż samo…
Czytaj dalej... 0

Pozostań w kontakcie

© 2010 Polonia.JP

Logowanie lub Rejestracja

Zaloguj się