A+ A A-

Baranina po japońsku (część II)

Oceń ten artykuł
(1 głos)

Cofnijmy się znów w czasie, do 1907 roku, kiedy to niejaki Hatsutaro Matsui założył sklep masarski z baraniną. Barani asortyment cieszył się popularnością jedynie wśród obcokrajowców. Próżno było szukać nabywców pośród Japończyków. No, może poza jednym jedynym Inazo Nitobe, znanym zwolennikiem internacjonalizacji Japonii i specjalistą od wszystkiego, co w owym okresie dla Wyspiarzy było obce. Nitobe, podobnie jak Komai, był wychowankiem Uniwersytetu Hokkaido i to jednym z najznakomitszych. Do tej pory jego podobiznę oglądać można na banknocie tysiącjenowym.

Pan Matsui nie mogł chyba i nawet nie śmiał przewidzieć, że jego imię na wieki zapisze się w annałach historii. Nie zrażając się niewielkim powodzeniem prowadzonej masarni, dżentelmen ten, najpewniej kierując się jakąś niebiańską intuicją, otworzył pierwszą restaurację wyspecjalizowaną w serwowaniu czyngis-chana. Powstała ona nie na Połnocnej Wyspie, lecz w Tokio, w dzielnicy Suginami-ku, tuż obok stacji Higashi Koenji, w jedenastym roku ery Showa, czyli naszym 1936. Nie oferowała potraw kuchni mongolskiej, jak mogłoby się w pierwszej chwili zdawać, ani też chińskiej, lecz oryginalnie japońską grillowaną baraninę. Los uśmiechnął się do nowego kulinarnego przybytku, a wysiłki właściciela nie poszły na marne, wręcz przeciwnie. Restauracja nazwana „Jingisu-su” (w wymowie dżingis-su, zapisane w chińskich ideogramach kanji, choć dziś słowo to powszechnie zapisuje się japońskim alfabetem sylabicznym, katakaną) okazała się przysłowiowym strzałem w dziesiątkę. Nie wiadomo, czy to ze względu na intrygującą nazwę, czy może dobywający się ze środka niecodzienny zapach, „Jingisu-su” stało się bardzo popularnym miejscem wśród znanych aktorów i wpływowych polityków. Spotkania przy baraninie zaczęły być modne. Wieczorami nad wejściem migotał jaskrawy neon, a na pobliskim parkingu stały stłoczone luksusowe, lśniące, czarne limuzyny tokijskiej śmietanki towarzyskiej. W środku panowała ekskluzywna atmosfera, którą dopełniało piękno tradycyjnego ogrodu japońskiego i ceny... wysokie na tyle, by przyciągnąć znane osobowości i najważniejszych klientów z wielkich korporacji.

Po wojnie wojskowe mundury poszły w odstawkę i wydawało się, ze owce i barany skazane są na powolne wymarcie. I tu ponownie do historii wkroczuło Hokkaido, gdzie hodowla tych zwierząt niespodziewanie zaczęła rozwijać się w błyskawicznym tempie. Nie tylko wełną bowiem owce stoją. Ich mięso zjednało sobie gorliwych konsumentów, łączyło dwie zalety - było tanie i smaczne. Poza tym „czyngis-chan” to nazwa atrakcyjna, brzmiąca egzotycznie. Rosnąca popularność baraniej potrawy dziś postrzegana jest jako jedna z oznak, a nawet symboli powojennej modernizacji Japonii.

Gdy już całkowicie zapomniano o „Planie miliona baranów”, stada hodowlane osiągnęły największą liczebność w roku 1957. Japończycy doliczyli się wtedy prawie miliona baranich łbow. Sławetny plan został de facto wykonany! To właśnie wtedy, choć na krótko, baranina w Japonii zasiadła na mięsnym Olimpie. Wkrótce potem szczęśliwa gwiazda baraniego interesu zaczęła powoli przygasać. Pogłowie spadało i spadało, by zatrzymać się na poziomie dziesięciu tysięcy sztuk.

Koniec końców trzecie już pokolenie właścicieli zamknęło „Jingisu-su” w roku 1994. O czyngis-chanie zrobiło się cicho, i kiedy wydawało się już, że podzieli losy wielu innych zapomnianych „wynalazków” kulinarnych, szczęście uśmiechnęło się jeszcze raz. Dzięki mediom i rzeszy wielbicieli grillowana baranina przeżywa obecnie prawdziwy renesans.



ciąg dalszy nastąpi…



Tekst powstał w oparciu o rozdział w książce „Hokkaido - Japonia bez gejsz i samurajów” (Wydawnictwo Mantis, Olsztyn 2006)

Zapraszamy do lektury oraz odwiedzenia strony książkowej:

www.hokkaido.com.pl

 

okladka_ksiazka_o_hokkaidookladka_ksiazka_o_hokkaido

Pozostań w kontakcie

© 2010 Polonia.JP

Logowanie lub Rejestracja

Zaloguj się