Błąd
  • JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 170
A+ A A-

Dziennik tokijski (2011.05.21)

Oceń ten artykuł
(3 głosów)

Jeśliby porównać Edo do ludzkiego ciała, wyglądałoby to pewnie tak. Szogun byłby głową miasta, dwór - szyją, świątynie buddyjskie i chramy szinto - brzuchem, miejscem, gdzie podług wschodniej tradycji gromadziła się energia. A rzemieślnicy? Rzemieślnicy byliby jego kręgosłupem, albo plecami, które podtrzymywały całą konstrukcję we właściwej pozycji, podczas gdy kupcy dostarczali mu pokarmu i składników odżywczych, a artyści (wyższych i niższych lotów), uliczni (dziś telewizyjni) rozbawiacze oraz kurtyzany - strawy duchowej i rozrywki.

Dziś ta ważna rola rzemiosła - schowanego nieco z tyłu i nigdy nie pchającego się na afisz - należy do przeszłości. Rzemieślnicy, którzy przetrwali, są wspomnieniem dawnych czasów i dekoracją, atrakcją swojej dzielnicy, a media przypominają sobie o nich od czasu do czasu, co zresztą pozwala tym pierwszym na krótki okres podreperować swoje budżety.

Uwielbiam te warsztaty i jeśli tylko jakiś mijam, staram się zaglądnąć do środka. Zwykle ich właściciele, choć mają ręce pełne roboty, znajdą czas by zamienić kilka słów i pokazać swoje dzieła. Niekiedy są to prawdziwe perełki. W tych miejscach, a są to zarówno wielkie warsztaty przy głównych ulicach, jak i małe norki schowane w bocznych uliczkach dokąd nigdy nie zagląda  słońce, mistrz się nigdy nie śpieszy.

 

W sobotnie przedpołudnie przechodziłem przez dzielnicę Ningyōchō, gdzie w niemieckiej piekarni Tanne co tydzień zaopatrywałem się w chleb. Dzielnica ta znana była niegdyś z teatrów kabuki oraz rzemiosła, w tym wytwórców lalek (wciąż raz do roku organizuje się tu kiermasz wszelkiego typu marionetek). W międzyczasie teatr kabuki przeniósł się do Ginzy (do dziś zaś w Ningyochō działa scena Meiji-za, specjalizująca się w przedstawieniach historycznych i komediowych, goszcząca niekiedy aktorów przedstawień tradycyjnych), część rzemieślników wymarła, a część zamknęła interesy, gdy przestały się one opłacać. Jednym słowem pozostało tu ich niewielu, dużo więcej jest za to sklepów i butików, które oferując podarki i suweniry, bo dzielnica, a w szczególności aleja Amazake-yokochō, stała się w atrakcją turystyczną i przyciąga tłumy spragnione doświadczenia atmosfery starego Tokio. To na parterze jednego z domów przy tej uliczce znajduje się warsztat i sklep koszykarski pana Iwai. Mijałem go wielokrotnie, zawsze obiecując sobie, że następnym razem zajrzę do środka. W końcu się zdecydowałem. Ledwie zdążyłem wejść do środka, doskoczył do mnie mężczyzna z kamerą.

- Czy podoba się panu ten warsztat? - zapytał.

- Tak - odpowiedziałem.

- A może interesuje pana rzemiosło, lubi pan historię i kulturę? - zasypywał mnie krótkimi pytaniami, po czym poprosił bym powtórzył to samo przed obiektywem.

Na koniec wręczył mi wizytówkę i polecił, bym oglądał program w TV Tokyo za dwa tygodnie o szesnastej.

Gdy wreszcie skończył, miałem więcej czasu by się rozejrzeć. Pomieszczenie składało się z dwóch części: przedsionka o chropowatej i chłodnej, betonowej podłodze, do którego wchodziło się wprost z nadworza i podwyższenia, na którym stały już gotowe kosze czekające na odbiór.

Młodzieniec, który powitał mnie delikatnym uśmiechem i powolnym ukłonem, okazał się czeladnikiem od dwóch lat zgłębiającym tajniki wyplatania koszy z wikliny. Przyjeżdżał tu co weekend aż z prefektury Ibaragi, by wyuczyć się na mistrza. Miał 34 lata. Jego bladą, okrągłą twarz pokrywał jednodniowy zarost.

Jak się wkrótce okazało obecność reportera nie była przypadkowa. Warsztat koszykarski Iwai był jedynym takim przybytkiem działającym do dziś w japońskiej stolicy i jednym z trzech w całym kraju. Pozostałe dwa znajdowały się w Kioto.

Kosze z warsztatu pana Iwai to nie były zwykłe kosze. Wykonywano je ze specjalnego surowca - cienko wyheblowanych pasków bambusa, sprowadzanych od wyspecjalizowanego rzemieślnika z Kioto i kryto lśniącą laką w trzech dostępnych kolorach: czerni, pomarańczu i brązu. Każdy kosz zdobił kamon - wymalowany na bocznej ścianie symbol rodowy oraz nazwisko właściciela.

- Od trzech pokoleń, process produkcji w ogóle się nie zmienił. Jedynie trochę zmieniły się kolory, bo teraz dostarczają inną lakę niż kiedyś - wyjaśnił mi czeladnik.

Tego dnia właściciela nie zastałem, więc po krótkiej rozmowie umówiłem się na kolejną wizytę.

Dwa tygodnie później, wczesnym sobotnim popołudniem, ponownie stanąłem przed wejściem do warsztatu. Surowe, niepomalowane szkielety koszy suszyły się w słońcu, oparte o szklane ściany. Tym razem miałem szczęście. Pan Iwai siedział na środku pokoju zajęty klejeniem. Przywitałem się, a pomocnik wspomniał mu o mojej poprzedniej wizycie.

Mistrz uśmiechnął się i skinął głową, po czym powrócił do pracy. Miał łagodne, trochę nieobecne spojrzenie. W pierwszej chwili, wyglądał, jakby wyrwano go z innego świata i jeszcze nie do końca powrócił do rzeczywistości. Gdy mówił, spuszczał odrobinę wzrok i przez to sprawiał wrażenie nieśmiałego człowieka. O swojej pracy opowiadał jednak bardzo chętnie.

Przejął stanowisko pracy po ojcu, który z kolej oddziedziczył je po dziadku. Dziad zaś kupił ten warsztat od poprzedniego właściciela, więc nikt dziś już nie pamiętał, jak długo działa.

- Ja prowadzę go od trzydziestu lat. Więc musi mieć ponad sto - powiedział.

Gdy zapytałem co zrobi, gdy przejdzie na emeryturę, starszy pan zawahał się, po czym wskazał ręką na czeladnika.

- Ile jeszcze dam radę pracować, tego nie wiem. Syn nie chce przejąć warsztatu, więc może ten młody człowiek się skusi.

Młodzieniec się rozpromienił i pokiwał głową.

- Ale to nie jest łatwy chleb - dodał znad kosza pan Iwai. - Minęło osiem lat, zanim ojciec pozwolił mi zabrać się do lakowania i wykonałem swój pierwszy kosz.

Zanim wyszedłem, zapytałem ile kosztują jego wyroby.

- Cena zależy od rozmiarów. Standardowy kosz - ten w którym trzyma się kimono - kosztuje czterdzieści tysięcy jenów.

Kwota nie zaskoczyła mnie w ogóle, choć była bardzo wysoka.

- Dziś można kupić tańsze kosze, bo co niektórzy wykonują je ze sprasowanego papieru, ale to nie to samo - dodał, gdy czeladnik wstał gotów zapisać zamówienie.

By wybrnąć z sytuacji powiedziałem, że tak piękny przedmiot wymaga odpowiedniego miejsca. Nie jest to tylko zwyczajny kosz, lecz dzieło sztuki, a wielkość obecnego mieszkania nie pozwala mi na właściwe jego wyeksponowanie. Zaraz potem dodałem, że kiedyś chciałbym jeden kupić, najpewniej wtedy, gdy będę się przeprowadzać.

Starszy pan pokiwał głową ze zrozumieniem i zaprosił mnie do złożenia następnej wizyty. Tutaj nikt się nie śpieszy z zamówieniami, a wytwórcy również nie są nachalni. Z doświadczenia wiedzą, że jeśli komuś spodoba się ich dzieło, to prędzej czy później wróci by je nabyć.

- Kiedyś na mój kosz trzeba było czekać rok. Dziś zamówienia mamy na trzy miesiące naprzód. W pięć dni mogę wypleść tylko sześć sztuk - powiedział na pożegnanie.

 

Ostatnio zmieniany

Pozostań w kontakcie

© 2010 Polonia.JP

Logowanie lub Rejestracja

Zaloguj się