Błąd
  • JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 194
A+ A A-

Kolory i tulenie

Oceń ten artykuł
(5 głosów)
- Dzień dobry. Mam dzisiaj operację. Na chirurgii.
Wyzbyta porannej werwy położyłam kartę identyfikacyjną na kontuarze w rejestracji Szpitala Zespolonego w Daito. Na zewnątrz rześko i słonecznie a tu, w środku tropiki za sprawą klimatyzacji "o ciut za dużo". Nic tylko uwalić się w kostiumie kąpielowym na ręczniku. I jeszcze basen może, i koktail z parasolem... Japończycy mają chyba zaniżoną zdolność regulacji ciepłoty ciała, bo w zimie wszędzie jest za gorąco, a w lecie wszędzie za zimno. Moje koleżanki opowiadają horrory (boję się tylko ja, naturalnie), że u nich 36.0 stopni (ciała, nie powietrza!), to rzecz absolutnie normalna, a i to nawet na wyrost, bo 35.8 właściwie nie szokuje nikogo. Zakładając zatem, że otoczona jestem płazami, klimatyzacja na full nie jest taką abstrakcją.To ja muszę dostosować się do życia w terrarium.

Szpitalna bransoletkaSzpitalna bransoletka- Pani Daria. Pani Daria Miura!
Pielęgniarka wywołuje moje imię wyciągając szyję jak gęś biała (polski puch jest teraz mocno trendy w Japonii) ponad rzesze plażowiczów.
Jestem, jestem. W ramach buntu przeciwko sztucznym tropikom poruszam się nieśpiesznie, wręcz nonszalancko.
- Operacja o dziesiątej. Do tego czasu musimy się przebrać (nie sądzę, żeby pielęgniarka zamierzała się razem ze mną przebierać, ale niech jej będzie), zmierzyć ciśnienie, puls i uzupełnić brakujące dane w papierach. Dziarskim krokiem prowadzi mnie do szatni.
- Hmm. Mamy tylko dwa rozmiary piżamy. Mały jest za mały, a duży generalnie za duży. Może jednak spróbuje pani małego? Mówi lustrując moje sporadyczne krągłości.
Szpitalne kapcieSzpitalne kapcie- I jeszcze kapcie (z naklejką, coby nikt ich sobie nie śmiał przywłaszczyć, zapewne). Klucz od szafki proszę sobie włożyć na nadgarstek. I czekam na panią w pokoju pielęgniarek.

I wyszła, boska radosna Japanese nurse młodej generacji. A ja zostałam sama w jeszcze bardziej gorącym ciasnym pomieszczeniu, starając się sobie przypomnieć, na którym boku powinno się wiązać poły od piżamy. Kwestia szalenie istotna. Sprawa życia i śmierci. Inaczej wiąże się żywym (czyli na przykład mnie),a inaczej nieboszczykom…Po tylu latach to prawie niegrzeczne miewać takie dylematy. No, przepraszam.

Idąc do pokoju pielęgniarek zauważyłam, że droga do toalety oznaczona jest naklejkami z bordowymi żurawiami. - Proszę iść żurawiem, albo: - Jeśli zdepcze pan(i) wszystkie bordowe żurawie, będzie się mógł/mogła pan(i) odlać. Sama estetyka.

- Ma pani świetne ciśnienie! I wysoka temperaturę! Zawsze taka wysoka?
Hmm... 36,7. Uczyli mnie, że to normalne u gatunku ludzkiego. Z płazami, owszem, bywa inaczej.
- Pani, Dario. Nie wiem, czy może pani zostawić na sobie te skarpety i T-shirta.To wbrew przepisom. Spytam lekarza.

Kierując sie do sali operacyjnej modliłam się, coby pozwolono mi zostawić moje nieszczęsne skarpety i koszulkę na miejscu, na którym są teraz. W szatni będą czuły się samotnie beze mnie. Niech Pan Bóg to zrozumie i rozpatrzy pozytywnie. Po kolejnej zmianie kapci, tym razem na podwójnie sterylne pewnie, podeszłam do drzwi, które z szelestem rozsunęły się obustronnie pokazując zieloniusieńką, jak wściekła łąka, salę operacyjną. Powodem, dla którego sale operacyjne, kitle lekarzy w akcji, etc. są zielone, to przeciwstawność kolorystyczna do krwistej czerwieni. Jednym słowem czerwień na sali operacyjnej nie będzie pozostawać na siatkówce dzięki zbawiennej zieleni. Tylko... ile tej krwi musiałoby się przelać, żeby ta wszechobecna zieleń musiałaby być użyteczna? A może to jakieś przyzwyczajenia ze szpitali polowych?
Po zielonym na oczy, tym razem na uszy rzucił mi się japoński pop rock, nijak nie współgrający ze specyfiką miejsca. Z muzyką grupy Glay w tle trzej lekarze, ustawieni w szeregu (dobrze, że nie zasłaniali krocza, jak do rzutu wolnego), przywitali mnie radośnie. Faktycznie: szykują się ekscytujące chwile...

- Umościmy panią wygodnie, a potem zrobimy porządek z tym wszystkim. Podczas gdy lekarz prowadzący (to jego posądzam o te głośne muzyczne upodobania) obmacywał mi głowę, sprawczynię całego zła, młodszy kolega układał mi białe futereczka, coby mi się lepiej na brzuchu leżało.To nic, że potem tak mi wciskał twarz w poduszkę, że błagałam niebiosa o rozczepienie ozonu i podarowanie mi go w trzech partiach... Faceci byli boscy, jednym słowem. Czy to jakaś zasada, że gadatliwi lekarze są gadatliwi samolubnie, bo, tak jak dentysta, do którego uczęszczam, nie dając mi szansy na odpowiedź (bo i jak?), prowadzi radosny monolog. Naturalnie zadaje pytania, wręcz domaga się relacji w postaci np. korygowania słówek z języka niemieckiego, tudzież takich tam. Pacjent jest z góry na straconej pozycji. Nie odpowie. W wielkiej niemocy będąc. Za to może się dowiedzieć, że doktor czyta właśnie "Blaszany bębęnek" i bardzo chciałby odwiedzić Gdańsk. I że nowy iMac, który zakupił ostatnio, jest świetny. I że moje włosy w połączeniu z krwią wyglądają pięknie, jak wino. Olaboga!

Po dwóch godzinach grzebania w mojej głowowej powłoce i sprawdzeniu naprędce, czy nie zezłoszczone to, co z powłoki siłą zostało wyrwane, stałam się lżejsza o bagaż parunastu lat. Bagaż, który jakby nikomu nie przeszkadzał, dopóki mój brat kochany nie ryknął tubalnie, że on się boi za każdym razem mnie tuląc do siebie.

Przez kilkanaście lat nikt się nie bał, albo nie tulił... khe!

Skomentuj

Upewnij się że wypełniłeś wymagane informacje w polach oznaczonych (*).
Podstawowy kod HTML jest dozwolony.

Pozostań w kontakcie

© 2010 Polonia.JP

Logowanie lub Rejestracja

Zaloguj się