Oczarowany śniegiem, poeta Bashō pisał „Pójdźmy podziwiać śnieg, aż do zapadnięcia się”. W czasie swoich wędrówek odwiedził on północną Japonię, nie dotarł jednak nigdy na Hokkaido. Gdyby mu się to udało, ujrzałby krainę równie śnieżną i piękną. Zimą biały żywioł bierze we władanie Północną Wyspę. O tej porze roku ujawnia się w pełnej krasie jej piękno i potęga. Otoczona ze wszech stron wodami, z pokorą przyjmuje uderzenia słonych fal, niosących połacie kier, chłostanie mroźnych wiatrów i niekończące się opady śniegu. Krajobraz tonie w bieli. Robi się zimno, naprawdę zimno.
Yuki Matsuri Stolicę Hokkaido opanowuje dodatkowo żywioł ludzki - siły samoobrony, choć, w przeciwieństwie do wszędobylskiego śniegu, koncentrują się one w centralnej Alei Ōdori i podmiejskiej Tsudanumie. Ulicami krążą ciemnozielone gaziki oraz wielkie ciężarówki wyładowane białą masą. To nie są manewry w centrum miasta, ani próba generalna akcji ratunkowej na wypadek wielkiego trzęsienia ziemi, ani tym bardziej wsparcie miejskich służb odśnieżania. Wprost przeciwnie… dośnieżana jest główna arteria. Nie zemsta to jednak, pomyłka czy spisek. Znak to, że wielkimi krokami zbliża się Festiwal Śniegu.
Organizatorzy zimowego święta jedno wiedzą na pewno. Śniegu nie zabraknie. Nad tym, czy tej zimy spadnie czy nie, nikt się w ogóle nie zastanawia. Nikt nie rozmyśla, czy będzie go mało czy dużo. Jedyną niewiadomą jest to, czy będzie go dużo, bardzo dużo, czy też bardzo, bardzo dużo. I choć śnieżne dni przeplatają się z krótkimi odwilżami, miasto przez wiele miesięcy skąpane jest w bieli. Właśnie wtedy, w pierwszej połowie lutego, gdy zima najbardziej daje się we znaki, na siedem dni Sapporo opanowuje śnieżne szaleństwo Yuki Matsuri.
Początki zimowej zabawy sięgają 1950 roku, kiedy to uczniowie po raz pierwszy stworzyli sześć śnieżnych rzeźb. Spodobały się. Ktoś wpadł na pomysł, że można by postawić ich więcej. Pięć lat później dołączyli żołnierze sił samoobrony, tworząc pierwszy olbrzymi monument. Gdyby nie wojsko, festiwal pewnie nie urósłby i nie uzyskał światowego rozgłosu. Jednak nie tylko mundurowi zajmują się tworzeniem rzeźb. Również cywile, reprezentujący firmy, stowarzyszenia, organizacje, grupy ochotników i międzynarodowe zespoły konkursowe, w trzech miejscach, co roku w pocie czoła zmagają się ze śnieżnym żywiołem.
Pierwszym z nich jest pas trawników zwany Parkiem Ōdori, wzdłuż alei o tej samej nazwie, ciągnącej się ze wschodu na zachód i dzielącej Sapporo na dwie części. Tu powstaje najwięcej rzeźb, z których festiwal jest znany. Drugim miejscem były do niedawna koszary Lądowych Sił Samoobrony w dzielnicy Makomanai, zastąpione przez Park Satoland, który z kolei ustąpił miejsca pobliskiemu Tsudome. Trzecią lokalizacją jest popularna dzielnica rozrywki Susukino, lecz o niej w następnym odcinku.
Festiwalowe rzeźby tworzy się ze śniegu lub lodu. Różnią się one pomiędzy sobą rozmiarami. Najokazalsze są ponad piętnastometrowej wysokości i kilkudziesięciometrowej szerokości. Do ich budowy zużywa się pięćset pięciotonowych ciężarówek ze śnieżnym ładunkiem. Współtworzy je zespół złożony z sił samoobrony, straży pożarnej i członków „Grupy Budowy Wielkich Rzeźb Śniegowych”. Średniej wielkości dzieła wymagają trzystu ładunków śniegu. Konstruują je co roku trzy wyselekcjonowane formacje. Na najmniejsze rzeźby potrzeba „jedynie” dwustu transportów. Lepi je ponad sto pięćdziesiąt grup i pojedynczych twórców, ustępując mundurowym technicznymi możliwościami, ale nie zapałem.
W czasie festiwalu miasto ozdobione jest ponad trzystoma śnieżnymi rzeźbami. Pomimo obfitych, naturalnych opadów, do ich tworzenia, śnieg zwozi się już od początku stycznia ze strefy przemysłowej, mieszczącej się na północ od Sapporo, w zatoce Ishikari. Miłośnicy statystyk mnożą i sumują liczbę transportów i rzeźb, próbując odgadnąć masę i objętość zużywanego śniegu. Wyniki różnią się jednak dość znacznie, a zadanie jest chyba niewykonalne, bo często pada nowy śnieg, a stary topi się i zamarza.
Największe rzeźby powstają zgodnie ze szczegółowo opracowanym i rozplanowanym grafikiem, doskonalonym przez ponad półwieczny okres zimowych zmagań. Nie ma mowy o spontanicznym szaleństwie. Nie ma również miejsca na chaos. Wystarczającą ich dawkę przynieść może sama natura.
Najpierw ustawiane są trzy ściany rusztowań, podobnych do stosowanych na tradycyjnych budowach. Od wewnętrznej strony mocowane są do nich drewniane płyty. Powstały w ten sposób szkielet może mieć od dziesięciu do piętnastu metrów wysokości. Na jedyną nieosłoniętą stronę zwozi się i wsypuje śnieg. Krążące po nim ciężkie pojazdy na gąsienicach, ubijają go w twardą, zwartą masę. W przypadku gigantycznych monumentów ma ona kształt prostopadłościanu.
Yuki_Matsuri_2Następnie usuwane są drewniane panele. W ruch idą piły elektryczne, kilofy, młoty i dłuta. Rusza obróbka rżnięciem, rąbaniem, dłubaniem i skrawaniem. Zgodnie z projektem, toporami wykuwa się zarysy kształtów, a potem zaczyna się żmudne wielodniowe rzeźbienie. Codziennie, przez kilka tygodni, siły samoobrony walczą z zimnem i milionami białych płatków, wirującymi w powietrzu i zasłaniającymi cały świat. Co szósty stacjonujący w okolicy żołnierz skierowany jest do pracy przy śniegu. Wzdłuż Ōdori, z rozmieszczonych na barakach głośników, punktualnie za pięć dwunasta dobiega krótka melodia mechanicznego dzwonka, po czym rozglega się głośny komunikat: „Oddział A15, pięć minut przerwy”. Lata doświadczeń w budowaniu śniegowych konstrukcji, sprawiły, że praca idzie gładko. Ze śnieżnych bloków wyłaniają się powoli pierwsze kształty, z każdym dniem coraz bardziej przypominające przygotowane wcześniej miniaturowe modele. Nadchodzi pora na szlifowanie i pracochłonne roboty nad doskonaleniem detali. W końcu usuwane są rusztowania i po dwóch tygodniach ciężkiej pacy wielkie rzeźby ukazują się wzrokowi przechodniów.
Siły samoobrony realizują harmonogram punkt po punkcie, z mundurową precyzją, pełną dyscypliną i profesjonalizmem. Człowiek jest mocnym punktem planu, najpewniejszym i najbardziej niezawodnym jego elementem. Przyroda bowiem, gdy o śniegu mowa, w Sapporo wprawdzie równie niezawodna, potrafi jednak płatać figle, wnosząc niepokój w umysły miejscowych notabli i osób odpowiedzialnych za organizację tygodniowego święta. Czasem tuż przed oficjalnym otwarciem nastanie kilka dni odwilży, albo pięknych i wściekle słonecznych przedpołudni. Zbite bryły śniegu, nie topią się łatwo, giną jednak misterne szczegóły. Siły samoobrony, w przeciwieństwie do polityków i działaczy, nie wpadają w panikę. Ze spokojem dowożą dodatkowe porcje śniegu i uzupełniają ubytki. Wszystko jest co roku zapięte na ostatni guzik. Pomimo psikusów natury, politycznych skandali, nieciekawych prognoz gospodarczych, lub przeciwnie, euforii z wyraźnych oznak poprawy sytuacji gospodarczej.
Mniejsze rzeźby powstają na bazie sześcianów. Prace rzeźbiarskie toczą się zgodnie z tą samą procedurą, co przy wielkich pomnikach. Trwają jednak znacznie krócej i nie wymaga takiej organizacji ani środków. W dni powszednie wolontariusze, rezygnując z odpoczynku, realizują śnieżne projekty po pracy, między siódmą a dziesiątą wieczorem. W weekendy robota wre już całymi dniami.
Jeszcze przed przybyciem zwiedzających, gdy nocą śnieg przysypie rzeźby, przy pomocy specjalnych urządzeń pracownicy zdmuchują świeże warstwy białych płatków. Strącane są też rosnące w szybkim tempie sople lodu. Po porannej kosmetyce wyrzeźbione szczegóły znów cieszą oko pięknem i precyzją. W ciągu dnia festiwalowi pomocnicy na bieżąco odśnieżają przyprószone miejsca plastikowymi miotełkami.
W pierwszej połowie lutego następuje uroczyste otwarcie festiwalu. Na terenie jednostki wojskowej w dzielnicy Makomanai gra wojskowa orkiestra dęta, kwiecistym językiem snują mowy działacze, politycy i organizatorzy. Rozlegają się brawa, a po nich dzieci przejmują władzę nad koszarami. Tak zaczyna się największe zimowe szaleństwo w północnej Japonii.
Tekst powstał w oparciu o rozdział w książce „Hokkaido - Japonia bez gejsz i samurajów” (Wydawnictwo Mantis, Olsztyn 2006)
Zapraszam do lektury oraz odwiedzenia strony książkowej:
